„Obaj panowie ochoczo przystąpili do „leczenia", ja zaś starałem się być posłusznym pacjentem. Po kilku lampkach musiałem przyznać, że „lekarstwo" istotnie znakomite. Ból zniknął, zrobiło mi się natomiast niezwykle wesoło. I kto wie, jak długo trwałaby kuracja, gdybym przypadkowo nie spojrzał na zegarek. Ładna historia, godzina szesnasta! Przecież o tej porze powinienem już być w Biedrusku. Szybkie pożegnanie, a potem bieg na stację. Niestety, trzeba czekać na pociąg.
Dopiero późnym popołudniem dotarłem w pobliże mostu na Warcie. U jego wlotu, przy budce wartowniczej, przechadza się rosły żandarm — wpadka więc nieunikniona. Nic, tędy nic pójdę, muszę gdzieś na uboczu próbować przeprawy. Zbaczam z drogi i wędruję w górę rzeki, wypatrując brodu lub lodzi. Próżne nadzieje. Wszędzie głębia, nie widać też żadnego środka przeprawowego. Nie ma rady, trzeba wpław forsować Wartę. Dla mnie to żaden problem, ale co zrobić z mundurem i buta
Rozglądam się uważnie dokoła i zatrzymuję wzrok na drewnianej furtce w pobliskim płocie, grodzącym jakiś wybieg dla kaczek czy gęsi. Użyję jej jako tratwy i przeprawię na niej wszystkie manatki.
Bez wahania ściągam furtkę na wodę, następnie zrywam przybrzeżne sitowie, grubo moszczę zaimprowizowaną tratwę i pakuję na nią swoje klamoty. W adamowym stroju wchodzę do rzeki, pchając przed sobą ładunek. Po kilku krokach tracę grunt i poczynam spływać ukośnie z prądem pod drugi brzeg. Wszystko idzie doskonale, tratwa stabilnie utrzymuje się na powierzchni, za parę minut powinienem lądować. Ale oto nurt zmienia kierunek i na powrót wynosi mnie na środek Warty. Rzeka zwęża się, tworząc w tym miejscu ostry meander, za którym w niewielkiej odległości widnieje most. Prąd coraz bystrzejszy. Jeśli dam się ponieść, niechybnie wyląduję wprost u stóp żandarma, a wtedy „finita la commedia".“(2)
Tynk |panasonic |przepisy